Znieczuleni promieniami
Z za obudowanego szkła
Staliśmy się odrealnieni
Na widoczne znaki zła
Wyświetlane na gazowym
Bezwonnym ekranie
Z co rusz odcinkiem nowym
Boleści nieznajomego, połykamy danie
Leży ktoś w korytarzu
Z na wpół otwartymi oczami
A obok dźwięki twego marszu
Dobijasz go obojętności kopniakami
Patrzymy i bezwiednie nie czujemy
Bo to wyreżyserowane
Jakiś bohater, którym się nie staniemy
Ich wybroni- przez scenarzystę będzie to dane
Jednak, gdy się sami znajdziemy
W tym, najwyższej generacji kinie
I pod super jakością obrazu padniemy
Z wrażenia nasz dubler zginie
A my w gwiazdorskiej garderobie
Zmienimy makijaż na nieczułą obudowę
Nieszklanego ekranu
środa, 17 grudnia 2014
poniedziałek, 15 grudnia 2014
Jak to jest?
Zastanawiam się
W twych źrenicach szelest
Więc ty też się
Zastanawiasz
Co się czuje
Gdy kogoś niczyjości pozbawiasz
W głowie pomysł mi się snuje
ZROBIĆ TO
Może Z nim lub z nią
Niewiadomo po co
SKOŃCZYĆ z tą
Ich kłamliwą podróżą
Nie będącą ich własnością
Jak to jest?
Zastanawiasz się
W tym jest ukryty sens
Powiadomię cię
W medytacji recypacja nastąpiła
Tej tajemnicy
Że jest to tylko chwila
W posiniaczonej nieświadomością piwnicy
Bierzesz narzędzie
Stoisz nad nim
Niziutkie spojrzenie rozbija stojąc w rzędzie
Siniaki twej pustej ściany, GNIJ!
Krzyczysz zdobywając minę twardziela
I puszczasz przezroczysty wachlarz
Z nieheblowanego drewna
Część niczyjości wypływa przez jego twarz
Jeszcze chwila ostateczności
A w niej zetknięcie się resztek
Sinych ścian i niewładności
Z rozkładających się pierwiastków setek
I przekuwasz go kantem
Swego wzroku
Wstrzymujesz oddech porażony jakby batem
Skręconym z charknięć tego leżącego na boku
Człowieka- znaku słabości
Ale ten słaby na chwilę obdarza cię oddechem
Własnym, bo swojego nie miałeś, twe myśli jak kości
Bez mięśni nieruchome zadały straszliwy ból i z bolącym bebechem
Nastał koniec
Jesteś zwycięzcą
Zwycięzcą? Przecież nie było walki
A on
On już niczego nie ma
Prócz jednego
Jedynego widoku
W postaci twojego zdjęcia
Będzie cię zawsze miał, na wieczność
Przed oczami swej duszy
A ty
Odwracasz się i idziesz
Utopić czarną winę
W ciemnoczerwonym winie
Teraz już wiesz
Jak to jest
Chcesz to nadal zrobić
Czy chcesz to nadal zrobić?
Czy może chcesz
Mnie i jedynie mnie
WIDZIEĆ
PRZEZ WIECZNOŚĆ?
W twych źrenicach szelest
Więc ty też się
Zastanawiasz
Co się czuje
Gdy kogoś niczyjości pozbawiasz
W głowie pomysł mi się snuje
ZROBIĆ TO
Może Z nim lub z nią
Niewiadomo po co
SKOŃCZYĆ z tą
Ich kłamliwą podróżą
Nie będącą ich własnością
Jak to jest?
Zastanawiasz się
W tym jest ukryty sens
Powiadomię cię
W medytacji recypacja nastąpiła
Tej tajemnicy
Że jest to tylko chwila
W posiniaczonej nieświadomością piwnicy
Bierzesz narzędzie
Stoisz nad nim
Niziutkie spojrzenie rozbija stojąc w rzędzie
Siniaki twej pustej ściany, GNIJ!
Krzyczysz zdobywając minę twardziela
I puszczasz przezroczysty wachlarz
Z nieheblowanego drewna
Część niczyjości wypływa przez jego twarz
Jeszcze chwila ostateczności
A w niej zetknięcie się resztek
Sinych ścian i niewładności
Z rozkładających się pierwiastków setek
I przekuwasz go kantem
Swego wzroku
Wstrzymujesz oddech porażony jakby batem
Skręconym z charknięć tego leżącego na boku
Człowieka- znaku słabości
Ale ten słaby na chwilę obdarza cię oddechem
Własnym, bo swojego nie miałeś, twe myśli jak kości
Bez mięśni nieruchome zadały straszliwy ból i z bolącym bebechem
Nastał koniec
Jesteś zwycięzcą
Zwycięzcą? Przecież nie było walki
A on
On już niczego nie ma
Prócz jednego
Jedynego widoku
W postaci twojego zdjęcia
Będzie cię zawsze miał, na wieczność
Przed oczami swej duszy
A ty
Odwracasz się i idziesz
Utopić czarną winę
W ciemnoczerwonym winie
Teraz już wiesz
Jak to jest
Chcesz to nadal zrobić
Czy chcesz to nadal zrobić?
Czy może chcesz
Mnie i jedynie mnie
WIDZIEĆ
PRZEZ WIECZNOŚĆ?
Didaskalia
Didaskalia to cykl wierszy powstałych jeszcze wcześniej niż teksty publikowane tu do tej pory. Był to okres pomiędzy latami 2002-2005, a ja stawiałem pierwsze kroki w pisaniu.
Cykl ten emanuje groteskoteatralnością, o czym za niedługo się sami przekonacie.
Miłego czytania.
Cykl ten emanuje groteskoteatralnością, o czym za niedługo się sami przekonacie.
Miłego czytania.
sobota, 13 grudnia 2014
2006-2008
Zaprezentowany tutaj ostatnio utwór "Bezmyśl", nie jest bynajmniej oznajmieniem niemocy twórczej, czy też rozstawania się z pisaniem. Jest to tekst, który powstał pewnej nocy, tak jak z resztą wszystkie moje teksty oraz zakańczał on tom zaprezentowanych tutaj opowiadań.
Tekst ten stanowił koniec pewnego etapu mojej twórczości, przypadającej na okres lat 2006-2008 i obejmującej między innymi teksty opublikowane tutaj, czyli cykle poezji, wspomniane wyżej opowiadania, a także wydany tomik "Trumna i te całe ceregiele".
Zapraszam do dalszego czytania.
Tekst ten stanowił koniec pewnego etapu mojej twórczości, przypadającej na okres lat 2006-2008 i obejmującej między innymi teksty opublikowane tutaj, czyli cykle poezji, wspomniane wyżej opowiadania, a także wydany tomik "Trumna i te całe ceregiele".
Zapraszam do dalszego czytania.
środa, 10 grudnia 2014
Bezmyśl
Nie wiem co mógłbym jeszcze napisać. Tak właściwie to, co ja mogę wiedzieć o śmierci? Chyba nic. Czemu więc się dziwie temu, że nie wiem co napisać, bo te opowiadania są przecież o śmierci. Właściwie to dziwię się sobie, że w ogóle coś napisałem, wydaje mi się to nawet co najmniej dziwne. Czemu w ogóle zacząłem je pisać, wiedząc, że przecież będą o śmierci? Chyba jestem jakiś dziwny, zresztą to chyba nie jest żadna nowina, bo zawsze byłem dziwny, delikatnie mówiąc. Właściwie to jestem popierdolony na maksa, bo czemu teraz to piszę to też nie wiem. Śmieszne co człowiek wymyśla podczas, gdy chce sobie po prostu od tak coś popisać. Zauważa się wtedy bezsens i głupotę swojej aktywności umysłowej w dziedzinie kreatywności. Tylko, że czasem nawet pomysły na pisanie bezsensownych głupot powoli zaczynają się wyczerpywać. Wtedy zaczyna się prawdziwa pustka. Samotność szarych komórek, które nie mają ochoty ze sobą współpracować by stworzyć cokolwiek i tak powstaje cisza. Bezmyśl, w której zamknięte są wszystkie słowa bez możliwości ucieczki. Bezmyśl to wiezienie słów. Myśli buntują się przeciw swym stanowiskom i funkcją jakie spełniają w procesie twórczym. Niektórzy nazywają to niemocą twórczą, zgrozą wszystkich artystów i twórców. A jakby tak nauczyć się tworzyć bez myśli… ominęlibyśmy tę przeszkodę. Trzeba przyznać, iż całkiem nie taki głupi pomył. Tylko jak to zrobić? Tego jeszcze na razie nie wiem, ale będzie trzeba nad tym pomyśleć.
Tak… tylko jak można myśleć przeciwko myślom? Myśli na pewno się na to nie zgodzą.
Tak… tylko jak można myśleć przeciwko myślom? Myśli na pewno się na to nie zgodzą.
poniedziałek, 23 czerwca 2014
Gala (fragment)
Musieli akurat mnie w to wrobić?! Kochana rodzinka. Nikomu nie chciało się reprezentować mojego kochanego braciszka, to oczywiście mnie musieli wysłać. Nie chciałem się zgodzić i nawet w głowie mi się nie mieściło, by tutaj przychodzić, ale tak nie dawali mi spokoju, że w końcu miałem dosyć ich skomlenia więc się zgodziłem.
Jak coś, to zawsze mnie wysyłali. Czy chodziło o wyniesienie śmieci, czy też pójście do sklepu, czy odwiedziny u kogoś w szpitalu, żeby coś komuś zanieść, czy przynieść, czy też cokolwiek co trzeba było załatwić, to zawsze ja byłem delegowany. Zawsze ja, z całych czterech osób, które tworzyły moją rodzinę. Teraz już jest nas w sumie tylko troje.
Gdyby to było przyznanie nagród za wybitne osiągnięcia, czy coś takiego, to proszę bardzo, ale nagroda za jedną z najgłupszych śmierci na świecie, to jednak mało chwalebny zaszczyt. Faktem jest to, że nie ze mnie się śmieją, a z mojego nieżyjącego brata.
Mało tego, że nasze nazwisko jest na tej cholernej liście, to jeszcze wymyślili, że w tym roku odbędzie się uroczysta gala wręczania statuetek rodzinom tych niezbyt mądrych, umarłych ludzi.
Owymi statuetkami są złote postacie ludzkie o uśmiechniętych twarzach, trzymające w ręku granat bez zawleczki tak, jak się trzyma telefon komórkowy podczas rozmowy.
Poza dość ironicznym charakterem tejże imprezy, nie różni się ona od zwykłej uroczystej gali, na których są przyznawane nagrody dla artystów i tym podobnych. Konferansjerem tego widowiska jest, nieznany mi z nazwiska aktor z najpopularniejszej w tej chwili telenoweli. Cały czas stoi, szczerząc zęby i co chwilę rzuca naciągany, niewybredny żarcik.
Nagrody przyznawane są w następujących kategoriach: najgłupsza śmierć męska, najgłupsza śmierć żeńska, najśmieszniejsza śmierć męska, najśmieszniejsza śmierć żeńska, najwymyślniejsze sprawstwo śmierci, asysta przy ściągnięciu katastrofy, pomysłowość przy wykorzystaniu narzędzi oraz nagroda publiczności.
Po odbiór pierwszej statuetki wychodzi żona faceta, który założył się z kolegami, kto najdłużej wytrzyma w płonącym płaszczu- wytrzymał najdłużej. Kobieta rozpoczyna swą mowę:
- Jestem tak bardzo wzruszona. Nie wiem jak dziękować… naprawdę. Szkoda, że mój świętej pamięci mąż nie dożył tej chwili. Tak ciężko pracował, aby zdobyć tą nagrodę. Cieszę się bardzo, że owoce pracy jego całego życia, zostały wreszcie docenione. Chociaż zostały docenione dopiero pośmiertnie, ale jednak zostały. Naprawdę nie wiem jak państwu dziękować.- i z łzami szczęścia opuściła piedestał. Wszyscy w koło łącznie ze mną wydają się być nieco zmieszani, usłyszaną mową dziękczynną. Gdzieniegdzie słychać wybuchy śmiechu. Chyba nikt nie wytłumaczył dostatecznie tej kobiecie jaka i za co jest ta nagroda.
(...)
Jak coś, to zawsze mnie wysyłali. Czy chodziło o wyniesienie śmieci, czy też pójście do sklepu, czy odwiedziny u kogoś w szpitalu, żeby coś komuś zanieść, czy przynieść, czy też cokolwiek co trzeba było załatwić, to zawsze ja byłem delegowany. Zawsze ja, z całych czterech osób, które tworzyły moją rodzinę. Teraz już jest nas w sumie tylko troje.
Gdyby to było przyznanie nagród za wybitne osiągnięcia, czy coś takiego, to proszę bardzo, ale nagroda za jedną z najgłupszych śmierci na świecie, to jednak mało chwalebny zaszczyt. Faktem jest to, że nie ze mnie się śmieją, a z mojego nieżyjącego brata.
Mało tego, że nasze nazwisko jest na tej cholernej liście, to jeszcze wymyślili, że w tym roku odbędzie się uroczysta gala wręczania statuetek rodzinom tych niezbyt mądrych, umarłych ludzi.
Owymi statuetkami są złote postacie ludzkie o uśmiechniętych twarzach, trzymające w ręku granat bez zawleczki tak, jak się trzyma telefon komórkowy podczas rozmowy.
Poza dość ironicznym charakterem tejże imprezy, nie różni się ona od zwykłej uroczystej gali, na których są przyznawane nagrody dla artystów i tym podobnych. Konferansjerem tego widowiska jest, nieznany mi z nazwiska aktor z najpopularniejszej w tej chwili telenoweli. Cały czas stoi, szczerząc zęby i co chwilę rzuca naciągany, niewybredny żarcik.
Nagrody przyznawane są w następujących kategoriach: najgłupsza śmierć męska, najgłupsza śmierć żeńska, najśmieszniejsza śmierć męska, najśmieszniejsza śmierć żeńska, najwymyślniejsze sprawstwo śmierci, asysta przy ściągnięciu katastrofy, pomysłowość przy wykorzystaniu narzędzi oraz nagroda publiczności.
Po odbiór pierwszej statuetki wychodzi żona faceta, który założył się z kolegami, kto najdłużej wytrzyma w płonącym płaszczu- wytrzymał najdłużej. Kobieta rozpoczyna swą mowę:
- Jestem tak bardzo wzruszona. Nie wiem jak dziękować… naprawdę. Szkoda, że mój świętej pamięci mąż nie dożył tej chwili. Tak ciężko pracował, aby zdobyć tą nagrodę. Cieszę się bardzo, że owoce pracy jego całego życia, zostały wreszcie docenione. Chociaż zostały docenione dopiero pośmiertnie, ale jednak zostały. Naprawdę nie wiem jak państwu dziękować.- i z łzami szczęścia opuściła piedestał. Wszyscy w koło łącznie ze mną wydają się być nieco zmieszani, usłyszaną mową dziękczynną. Gdzieniegdzie słychać wybuchy śmiechu. Chyba nikt nie wytłumaczył dostatecznie tej kobiecie jaka i za co jest ta nagroda.
(...)
poniedziałek, 9 czerwca 2014
Groby
Leżące
szkielety. Brudne, obłocone z różnymi gatunkami robactwa na sobie. W niektórych miejscach
między kośćmi szaro czerwone, okryte czarną pleśnią, zgniłe resztki jeszcze nie
rozłożonego mięsa. Porozrzucane wokół czaszek palce, kończyny, które już dawno
poodpadały od słabych i zeżartych chrząstek stawowych.
Każdy
kościotrup ma nad sobą pomiędzy żebrami wbity w ziemię krzyż, wokół którego są
ustawione zapalone znicze. Z każdego szkieletu uchodzi pewna substancja, jakby
czerwono brązowa para, unosząca się, wspinająca się po kształcie krzyża.
Substancje krążą dookoła kości podpalając się od płomieni zniczy i mętnym
płomieniem wzbijają się coraz wyżej nad ziemię. Pędzą ku górze i tworzą
jednolitą brudno czerwono brązową plamę na ulokowanych gęsto obok siebie
poduchach parującego powietrza.
Zimne,
nocne powietrze przedostaje się przez nozdrza do płuc nielicznych, chodzących
mimo późnej pory po ulicach. Na betonowych skorupach, które przykrywają ziemię,
poruszają się ich czarne sylwetki. Elektryczne światła tworzą elektryczne
cienie. Dwa osobne ciała poruszające się w tym samym kierunku, ale pod innym
kątem. Pod stopami znajduje się punkt, w którym się łączą.
Dwa
elektryczne cienie pędzą ku sobie, jakby głodne siebie, nie mogące się doczekać
spotkania ze sobą. Są coraz bliżej i bliżej siebie. W końcu łączą się, stykając
się na betonowej skorupie ziemi. Jako jeden cień idą razem w jednym kierunku.
Co jakiś czas tylko zatrzymują się, aby jeszcze bardziej stopić się w jedną
całość.
Na ciemnym niebie tworzą się bezkształtne
obrazy, złożone z setek tysięcy małych, drobnych płomyków z podpalonych
wcześniej substancji, pochodzących z wnętrza wielu szkieletów, bezwładnie
leżących z wbitymi między żebra krzyżami. Płomyki te będąc bardzo blisko siebie
tworzą jakby chmurę, nieruchomą maź. Nieśmiele świecącą brudno czerwono
brązową, ogromną parę. Substancje te tworzą obraz. Obraz widoczny z daleka. Nad
miastem zawisł świecący mętnym światłem znicz.
Obejmując ją ręką, spojrzał w górę i rzekł:
- Tej nocy nie zobaczymy gwiazd.
Subskrybuj:
Posty (Atom)